Avalon » Publicystyka » Artykuł

Recenzja komiksu - Uncanny X-Men (2018) #1

Chyba żaden inny mutanci komiks nie był tak zapowiadany w tym roku. Powrót Wolverine’a? Wiadomo było, że wróci. Extermination? Ot, event. Ale to jest Uncanny X-Men. Powrót flagowego tytułu o mutantach po kilkuletniej nieobecności (zapewne Marvel życzy sobie, żebyśmy zapomnieli o tym, że jeszcze niedawno Cullen Bunn pisał Uncanny X-Men vol. 3 o drużynie Magneto – zresztą ten tytuł kompletnie nie pasował do tamtej serii). Na dodatek w nowej dla mutantów formie, z którą wydawnictwo eksperymentowało niedawno przy Avengers: No Surrender. Nowe Uncanny X-Men pisane jest przez zespół scenarzystów i rysowane przez cyklicznie wymieniających się rysowników (tym akurat nie różni się specjalnie od większości innych serii Marvela), a nowe zeszyty będą ukazywały się co tydzień – przynajmniej do zakończenia pierwszej, wielkiej historii pt. Disassembled

W końcu mamy to nowe wielkie otwarcie przed oczami. Jest to chyba czwarte nowe wielkie otwarcie w mutancich komiksach w ciągu ostatnich trzech lat, ale mniejsza o to. Skupmy się na tym, co jest teraz najważniejsze: czy to, co mamy w rękach, właściwie wygląda, czy było na co czekać i czy to Uncanny X-Men w nowej formie dobrze się zapowiada? 

Najkrótsza odpowiedź będzie nieco zapobiegawcza, ale… chyba tak. 

Przede wszystkim mamy w rękach kawał komiksu. Zeszyt o podwójnej objętości zawiera główną historię i cztery pomniejsze, składające się na swego rodzaju dopełnienie. Nie ma tu waty, wątków jest pełno, postaci jeszcze więcej. Dodatkowe historie wprowadzają kolejne tajemnice bez odpowiedzi. Dużo się tu dzieje. 

Więc najpierw przyjrzyjmy się rysunkom. Mahmud Asrar narysował główną część zeszytu i zrobił to tak, jak ma to w zwyczaju – zasadniczo porządnie ale nierówno. Asrarowi zarówno sceny skupiające się na emocjach pojedynczych postaci jak i zbiorowe sceny akcji wychodzą dobrze – ale raz na jakiś czas po prostu rysuje zdecydowanie słabszą stronę albo dwie. Tutaj coś ewidentnie nie wyszło w scenie przemówienia, gdy po raz pierwszy widzimy Archangela i Psylocke. Trzy z dodatkowych historii są narysowane dobrze i nie ma się do czego przyczepić. Najsłabiej wypada Mark Bagley, głównie przez kontrast – jego segment zaczyna się zaraz po epizodzie narysowanym przez Ibraima Robersona, zawierającym najlepsze rysunki w całym zeszycie. 

Podsumowując – poziom rysunków jest zróżnicowany, ale w większości co najmniej dobry. 

Wróćmy zatem do fabuły. Punktem zapalnym jest szczepionka na gen X. Komiks dość wyraźnie podkreśla, że nie jest to po prostu powtórka z lekarstwa z Astonishing X-Men, bo szczepionka nie pozbawia mutantów mocy – ale ma powstrzymywać rozwój genu X u zaszczepionego dziecka. Co, owszem, technicznie działa inaczej, ale w trakcie lektury wciąż sprawia wrażenie powtórki. 

Innym recyklingowanym wątkiem jest zniechęcenie młodych mutantów (New X-Men, Globa i Oyi), mających poczucie, że pierwszoplanowi X-Men nie traktują ich poważnie. I jasne, widzieliśmy to już, ale to nastawienie jest w pełni zrozumiałe – ile razy już powtarzano tym postaciom, że trenują by zostać X-Men, ile razy stawali w pierwszym szeregu jakiegoś kryzysu, żeby potem zdegradować ich z powrotem do roli szkolących się stażystów? Pixie i Armor były przecież pierwszoplanowymi X-Mankami, ta druga dwukrotnie, ostatnio dopiero co w X-Men Gold. A teraz obie znowu są szeregowymi uczennicami.

To nie koniec. Poza tym w komiksie mamy Multiple Mana próbującego coś osiągnąć, ale tradycyjnie nie wyjaśniającego tego X-Men. Na dodatek chyba wciąż podróżującego w czasie, podobnie jak w dopiero co zakończonej miniserii. Mamy wyskakujące nie wiadomo skąd postaci z Age of Apocalypse, na które ktoś poluje. Mamy tajemnicze porwania, których dokonał tajemniczy sprawca. Mamy wreszcie tajemnicze jezioro, które pojawiło się znikąd na pustyni Kalahari. 

Innymi słowy – mamy dużo fabuły. Która jest intrygująca i wykorzystuje masę postaci. Co zaskakujące, to od dawna niewidziani w większej roli New X-Men są w tym wszystkim najbardziej wyraziści – głównie dlatego, że ich frustracja jest dobrze przedstawiona. Pozostali bohaterowie nie mają okazji, żeby wykazać się jakimiś zindywidualizowanymi emocjami. 

Teraz tak – nazywam tę fabułę intrygującą, bo zapowiedzi kolejnych numerów i Nate Gray na okładkach sugerują, jak te wszystkie fragmenty mogą się ewentualnie łączyć. Gdyby nie to chyba nazwałbym ją chaotyczną, bo naprawdę mamy tu zatrzęsienie wątków i żadnej wskazówki co do jakiegoś sensownego kierunku. Ale to dopiero pierwszy numer. Na pewno jest tu dostatecznie dużo materiału, żeby wypełnić całą tę historię. 

A jednocześnie są tu pewne chaotyczne elementy, które pewnie nigdy nie zostaną wyjaśnione. Taki skład bohaterów na przykład. Przed tym zeszytem X-Men w tym składzie nie istnieli. Żeby X-Men istnieli w tym składzie musimy chyba założyć, że ekipa z X-Men Red wróciła do Instytutu – co oczywiście może się wydarzyć na koniec Extermination lub, co bardziej prawdopodobne, samego X-Men Red. Ale nawet wtedy to nie tłumaczy obecności Polaris, którą finał X-Men Blue ustawiał na zupełnie innej pozycji (miała szkolić młodych mutantów w Madripoorze). To pytanie „co oni tu właściwie robią” można rozciągnąć na przewijających się tu złoczyńców. Dark Beast co prawda zmartwychwstał jeszcze podczas Secret Empire, ale to wciąż pozostawia niewyjaśnione pojawienie się postaci z ostatniej strony.

Jak by to wszystko podsumować? Powrót Uncanny X-Men napawa mnie nadzieją, że to najnowsze nowe otwarcie mutantów faktycznie zaowocuje czymś porządnym. Mamy już porządne serie z mutantami – X-Men Red ot choćby – ale od dawna nie mieliśmy porządnego flagowca, głównej serii o X-Men, która napędzałaby pozostałe. Wiele serii, które widzieliśmy w ostatnich latach, ustawiały się na pozycji serii pobocznej, ale brakowało mocnego rdzenia. Tak naprawdę mamy do czynienia z tym problemem od czasów Schism, kiedy centralne Uncanny X-Men zostało wymienione na dwie bliźniacze serie – Uncanny i Wolverine and the X-Men. A potem seria Wolverine’a się zwinęła, Uncanny zaczął pisać Bendis i mutanci utknęli w meandrujących wątkach bez mocnego tytułu pośrodku franczyzy. Po Secret Wars, Extraordinary X-Men miało zająć to miejsce, ale mutancie serie praktycznie nie miały wtedy ze sobą nic wspólnego. W poprzednim rozdaniu X-Men Gold miało być centralnym tytułem, ale było żenująco nijakie. Liczyłem, że X-Men Red zastąpi je na tej pozycji – jest na tyle dobre, by sprawdzić się w takiej roli – ale redaktorzy na to nie postawili. 

I tak wracamy do Uncanny X-Men, które na pewno na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie, że ma wystarczająco dużo treści, istotnych postaci i wątków by faktycznie stać się takim nowym centrum komiksów o X-Men. A te komiksy naprawdę bardzo tego potrzebują. Uncanny X-Men ma potencjał, żeby odpowiednio spełnić tę rolę. Z uwagi na absurdalny cykl wydawniczy już za miesiąc (góra dwa) będzie wiadomo, czy seria spełni pokładane w niej nadzieje.

Krzysiek „Krzycer” Ceran

Uncanny X-Men #1 (LGY #620) 
Scenariusz: Ed Brisson, Matthew Rosenberg i Kelly Thompson 
Rysunki: Mahmud Asrar, Mirko Colak, Ibraim Roberson i Mark Bagley 
Kolory: Rachelle Rosenberg

Pamiętajcie, że możecie użyć kodu promocyjnego "INFINITY", by otrzymać 5% rabatu na komiksy Marvela.



Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2018 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.